poniedziałek, 5 lutego 2018

I.

"Wielkość wzbudza zawiść, zawiść rodzi złość, złość sprzyja kłamstwom"

Koniec wakacji, 1996

Obudził mnie deszcz bębniący o szybę w okno mojego pokoju. Gwałtownie podnoszę głowę co skutkuje szybkim, tępym bólem. Cicho klnę pod nosem i odgarniam opadające mi na twarz jasne włosy. Wstając zrywam kolejną kartkę oznajmującą, że do szkoły wracam za cztery dni. Wzdycham na samą myśl o powrocie do tej walącej się rudery pełnej nauczycieli faworyzujących szlamy i zdrajców krwi. Idę do łazienki gdzie przemywam twarz i patrzę w lustro. Zerkam w przejrzyste niebieskie oczy odbijające się w tafli ale po chwili odwracam wzrok. Nie lubię na siebie patrzeć, mimo powszechnej opinii nie czuję się idealny. Ciemne wory pod oczami kontrastują z barwą moich jasnych tęczówek, włosy ułożone są w nieładzie wręcz nie pasującym do mojego stylu bycia. Po raz kolejny przecieram twarz aby otrzeźwieć ze snu, który ciągle nęka moje myśli. Krzyk nieznanej mi osoby ciągle dźwięczy mi w uszach a zielone światło morderczego zaklęcia odbija się w pamięci. Kręcę głową i przygładzam każdy kosmyk włosów, aby znowu były perfekcyjne. Wracam do pokoju i zmieniam wczorajsze ubrania na ciemne jeansy i białą koszulę, w których mam zamiar udać się na ulicę Pokątną. Jęczę na samą myśl o monotonnych zakupach przedmiotów do tej marnej imitacji szkoły, pocieszam się wyłącznie świadomością, że to mój ostatni rok. Czeka mnie wizyta u Borgina i Burkesa w celu omówienia danej mi w te wakacje misji. Staram się uspokoić trzęsące się dłonie więc pośpiesznie chowam je do kieszeni i wychodzę z pokoju udając się do przestronnej kuchni. Chwytam leżące w koszyku jabłko i gryzę je. Smak owocu kontrastuje z świeżym, miętowym oddechem więc delikatnie się krzywię i odstawiam posiłek. Przejeżdżam językiem po zębach i w końcu postanawiam spojrzeć na zniecierpliwioną matkę siedzącą na drugim końcu pomieszczenia. Unoszę lekceważąco brew i opieram się o blat aby nie zauważyła moich ciągle trzęsących się rąk.

- Draco. - Przerywa ciszę a ja na dźwięk jej głosu gwałtownie się wzdrygam. Jest oschły a jednocześnie wyraźnie zmęczony. - Wiem jak bardzo ciężkie zadanie zostało Ci przydzielone jednak nie mogłam nic zrobić. Dasz sobie radę.

Kręcę głową i donośnie parskam śmiechem.

- Oczywiście, że dam. Przecież chodzi tylko o zabicie starca, co może być w tym trudnego? - Odpowiadam z widoczną ironią. Kobieta wstaje i podchodzi do mnie dając swoją dłoń na moje ramię. Od razu ją strącam i patrzę na matkę z pogardą.

- Pamiętaj jakie są warunki. Nasza rodzina naraziła się już na wystarczający wstyd, nie możesz tego zepsuć. A teraz ubieraj się, mamy dzisiaj do załatwienia dużą ilość spraw.

Wychodzi nawet na mnie nie patrząc a ja ze złością uderzam pięścią o ladę. Ból rozpływa się po moich kostkach aż dociera do mózgu, a ja obserwuję wyraźny ślad krwi na aż rażącym oczy białym blacie. Wycieram dłoń o ciemne spodnie i opuszczam pomieszczenie spotykając się ze znienawidzoną kobietą przy wyjściu. Naciągam na siebie płaszcz a na nogi zakładam buty, wyjątkowo mamy teraz nieprzyjemny, deszczowy sierpień. Bez ostrzeżenia Narcyza chwyta mnie za dłoń i ogarnia mnie ciemność. Ze wszystkich stron coś zaczyna na mnie napierać, braknie mi oddechu, czuję jakby wszystko zostało wepchnięte w głąb mnie aż w końcu potrafię oddychać. Łapię gwałtownie powietrze i otwieram oczy patrząc na rozciągającą się przede mną ulicę Pokątną. Większość okien zaklejonych jest plakatami informującymi o środkach bezpieczeństwa albo listami gończymi a ludzie pośpiesznie umykają, starając nie rzucać się w oczy. Wyciągam z kieszeni listę potrzebnych mi rzeczy na ten rok i jako pierwszy odwiedzam sklep Madame Malkin. Otwierając drzwi poruszam dzwoneczek, przez który właścicielka od razu pojawia się przy moim boku.

- W czym mogę pomóc?

- Potrzebuję szaty do szkoły. - Burczę patrząc na nią nieufnie. Kobieta ustawia mnie na wyznaczonym miejscu i daje mi to przymierzenia różne rozmiary. W końcu znajdują mój, w którym trzeba wyłącznie przedłużyć rękawy. Madame Malkin wraz ze swoją asystentką zaczynają swoją pracę, którą przerywają następni klienci. Spoglądam na drzwi i zauważam nikogo innego jak słynną czwórkę z najgorszego z domów - Gryffindoru. Atmosfera w pomieszczeniu od razu gęstnieje a ja krzyżuję spojrzenia z nikim innym jak Granger. Dziewczyna od razu spuszcza wzrok a ja patrzę na nią z wyższością. Tylko my dwoje wiemy o sytuacji, która miała miejsce pod koniec zeszłego roku szkolnego i oboje nie chcemy o niej pamiętać jednak doskonale wiem, że to ja mam władzę w tym sekrecie, ponieważ jego ujawnienie zniszczyłoby jej życie.

- Jeśli się zastanawiasz co tak śmierdzi, mamo, to Ci wyjaśnię, że właśnie weszła szlama. - Rzucam uśmiechając się pod nosem. Cała czwórka sięga po różdżki a Hermiona cofa się jakby uderzona w twarz. Unoszę głowę patrząc na przybyłych z pogardą.

- Nie sądzę, żeby trzeba było używać takiego języka! I nie życzę sobie wyciągania różdżek w moim sklepie. - Krzyczy Madame Malkin stając pomiędzy nami. Wzruszam ramionami i odwracam się patrząc w lustro i poprawiając ciągle zbyt długie rękawy. Gryfoni przemieszczają się w głąb sklepu jednak córka mugoli widocznie od nich odstaje, wydaje się zagubiona i przytłoczona. Mam ochotę parsknąć śmiechem kiedy na nią patrzę, zachowuje się jak sarna widząca nadjeżdżający samochód.

- Granger. - Dziewczyna gwałtownie się odwraca ale najpierw sprawdza, czy jej przyjaciele wystarczająco się oddalili. Jest taka żałosna. - Zdradziłaś już swoim przyjaciołom swój mały sekret? Z resztą... Kto ci podbił oko? Chcę mu posłać kwiaty.

Mówię to głośno aby słynne trio odwróciło się i spojrzało z ciekawością jak i złością na rozgrywającą się sytuację. Ściśnięte w środku mnie emocje postanawiam wyrzucić z siebie wyżywając się na tej dziewczynie, doskonale wiem, że sobie na to zasłużyła. Każdy zasługuje na chociaż trochę uwagi z mojej strony, to jak błogosławienie.

- Jaki sekret, Hermiono? - Pyta Potter kładąc dłoń na ramieniu szatynki. Ta kręci głową i zakłada ręce na ramionach cała się czerwieniąc.

- Wasza kochana przyjaciółka pokazała, że ma w sobie ślizgońskie cechy. - Rzucam ponownie się odwracając i poprawiając kołnierz szaty tak, aby był równy. Stojąca obok mnie pracownica mierzy rękawy i podciąga je. Przypominam sobie o świeżym znaku znajdującym się na moim lewym przedramieniu i głośno syczę. - Uważaj.

Kobieta przeprasza i oddala się a ja ponownie staję twarzą w twarz z moimi wrogami. Uśmiecham się z wyższością i mierzę dziewczynę wzrokiem. Jej dłoń sięga po różdżkę jednak jestem szybszy. Chwytam swoją i wymierzam prosto w podbródek dziewczyny. Nie zważam na to, że trójka jej przyjaciół robi to samo. Przybliżam się jeszcze bardziej i wbijam spojrzenie w jej oczy. Patrzy na mnie z nienawiścią i lękiem, dawno leżałbym martwy gdyby wzrok potrafił zabijać. Narcyza głośno wzdycha jednak nie reaguje.

- Odsuń się od niej Malfoy. - Warczy Tonks. Jej nienawiść tylko mnie nasyca i zachęca do dalszego znęcania się nad bezbronną dziewczyną.

- A czy ona chce abym się odsunął?

- Dosyć tego. Natychmiast opuśćcie różdżki albo wyjdźcie. - Rozkazuje stojąca za mną Madame Malkin. Wzruszam ramionami i odwracam się ściągając z siebie niewygodny materiał.

- Teraz już wiem, że do takiego sklepu chodzą wyłącznie szumowiny. Lepiej chodźmy do Twilfitta i Tattinga. - Mówi moja matka. Posyłam ostatnie spojrzenie znienawidzonej czwórce i opuszczam sklep donośnie trzaskając drzwiami.

Pół godziny później.

- Idź, zaraz do Ciebie dołączę. Muszę coś kupić. - Mówię do Narcyzy a ta posłusznie oddala się w kierunku alei Śmiertelnego Nokturnu. Z wielkim niezadowoleniem wchodzę do hucznego sklepu tych zdrajców krwi, Weasleyów. Jest zatłoczony, pełen gryfonów i puchonów. Wszyscy tacy roześmiani jak gdyby nie widzieli co się dzieje na zewnątrz. Spuszczam wzrok i przedzieram się w kierunku półki z proszkiem natychmiastowej ciemności kiedy wpadam na jakąś dziewczynę. W ostatnim momencie łapię ją za przedramię i nie pozwalam jej upaść.

- Jak chodzisz... - Zaczyna ale kiedy na mnie patrzy nagle przerywa. - Ty.

- Znowu ty, Granger? - Pytam puszczając ramię dziewczyny i otrzepując dłonie. - Śledzisz mnie czy się zakochałaś?

- To ty się zachowujesz jakbyś miał jakąś obsesję na moim punkcie. Ciągle się na mnie patrzysz i pojawiasz tam gdzie ja. - Odpowiada zbijając mnie z tropu.

- Bez towarzystwa jesteś bardziej wyszczekana. A teraz się przesuń, mam coś do załatwienia. - Mówię i brutalnie popycham dziewczynę przedzierając się w głąb sklepu. Ta unosi ręce w  geście poddania się i odsuwa się aby po chwili wmieszać się w tłum. Kręcę głową i sięgam po cel mojej wizyty. Po chwili płacę i opuszczam budynek rozglądając się aby sprawdzić czy na pewno jestem sam. Kiedy nie zauważam nikogo znikam w ulicy Śmiertelnego Nokturnu żeby po chwili wejść do sklepu. Czeka tam zniecierpliwiona Narcyza patrząca z dezaprobatą na mnie.

- Nikt Cię nie śledził? - Pyta stojący w kącie Greyback. Kręcę głową i przejeżdżam dłonią po szafce zniknięć, która jest celem dzisiejszej wizyty.

- Uważaj, jest zepsuta. - Szepcze stojący obok Burkes. Przewracam oczami i parskam bezczelnie. Tak jakbym tego nie wiedział.

- Wiesz jak to naprawić? - Mruczę nie odrywając wzroku od szafy. Delikatnie ją uchylam aby sprawdzić jak wygląda od środka.

- Być może. Musiałbym zobaczyć. Może byś to przyniósł, co?

- Nie mogę. Ma zostać tam, gdzie jest. Chcę tylko wiedzieć, jak to zrobić.

Burkes wzrusza ramionami i odwraca się.

- No jak tego nie obejrzę, to nie wiem, czy dam radę. Niczego nie mogę zagwarantować.

- Nie? Może to Cię przekona. - Do potwierdzenia swoich słów podciągam rękaw koszuli ukazując Mroczny Znak. Na jego widok szef sklepu cofa się na ścianę widocznie przerażony. - Spróbuj komuś o tym powiedzieć to spotka Cię kara. Prawda, Fenrir?

Stojący obok wilkołak oblizuje zęby patrząc na wystraszonego właściciela.

- Nie będzie trzeba...

- To już moja decyzja. A TO trzymaj w bezpiecznym miejscu, będzie mi jeszcze potrzebne.

- Nie lepiej zabrać to od razu?

- Nie bądź głupi, jakbym wyglądał idąc z tym ulicą? Nie wolno Ci tego nikomu sprzedać, Burkes.

- Oczywiście, szanowny panie.

Uśmiecham się pod nosem i odwracam krzyżując spojrzenia z osobą znajdującą się tuż przed drzwiami. Jej dłoń zastyga na klamce a ja zamieram z zaskoczenia.

- Nienawidzę spóźnialskich. - Warczy Burkes i patrzy na nas ponaglająco. - Musicie opuścić sklep.

- Musimy? - Pytam unosząc brwi. Nikt nie będzie mi rozkazywał. Drzwi w końcu uchylają się a znajoma mi osoba mija mnie nawet nie zaszczycając spojrzeniem. Kiwam do matki i szybko wychodzimy, jednak moje myśli pozostają w tamtym zakurzonym, mrocznym sklepie z tak nie pasującą osobą w środku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz