poniedziałek, 5 lutego 2018

II.

"Zagłuszanie bólu na jakiś czas sprawia, że powraca ze zdwojoną siłą."

Ostatnie dni wakacji spędziłem zamknięty w swoim pokoju mozolnie planując swoją misję. Powoli zaczynałem czuć, że to awykonalne, wyrywałem sobie włosy z głowy a pokaleczone dłonie nie miały okazji się zagoić. Plan zabójstwa dyrektora będzie trudny, każda alternatywa z kolejną sekundą wydawała mi się bardziej absurdalna. Powoli czułem się coraz bardziej zagubiony i zapędzony w kąt, odczuwałem wiszącą nade mną groźbę najgorszego - śmierci.

Stojąc na peronie ponownie patrzę na swoje pokaleczone kostki dłoni. Świeżo zasklepione rany ciągle spowijają siniaki i ciemnoczerwone plamy pękniętych naczynek. Ze zdenerwowania zapomniałem o ułożeniu włosów więc jasne kosmyki przeszkadzają mi i opadają na oczy. Ponownie je odgarniam i w końcu wsiadam do czekającego pociągu. Poprawiam mankiety koszuli i razem z kufrem udaję się do swojego przedziału gdzie czekają już na mnie znajomi. Nigdy nie mogłem nazwać ich przyjaciółmi, ja nie mam przyjaciół. Nikt nie potrafiłby mnie zrozumieć ani mi pomóc więc uznałem to dawno za zbędne. Jestem samotnikiem, wychowanym na samodzielnego i potrafiącego poradzić sobie ze wszystkim. Nim docieram do przedziału moje rozmyślania przerywa piskliwy głos osoby za mną. Odwracam się i zauważam Pansy patrzącą na mnie maślanymi oczami.

Zaczyna się.

Dziewczyna zarzuca mi ręce na szyje i całuje w usta. Nie reaguję, bo nad ramieniem ślizgonki zauważam osobę, która spędzała mi sen z powiek przez kilka ostatnich dni. Przez chwilę mierzymy się spojrzeniami jednak naszą niemą walkę przerywa chłopak, który od razu całuje przybyłą dziewczynę i znika z nią w przedziale, z którego wyszedł. Odsuwam od siebie klejącą się ślizgonkę i przywołuję na twarz imitację uśmiechu.

- Co z Tobą Draco? Wyglądasz nieswojo. - Mówi przebiegając dłonią po mojej twarzy. Kręcę głową i otwieram usta z zamiarem odpowiedzi jednak zamieram widząc wychodzącą szatynkę z przedziału obok. Ponownie mierzy mnie spojrzeniem i lekkim ruchem głowy pokazuje, że mam iść za nią.

- Pansy, weź mój kufer do przedziału. Muszę coś załatwić. - Całuję dziewczynę, bo wiem, że to ją przekona i nim zdąży odpowiedzieć przechodzę obok niej i idę za ciemnowłosą dziewczyną. Idziemy do pustej części pociągu - wagonu maszynowego. Zaraz po wejściu zamykam drzwi i zasłaniam okno aby rozmowa była bardziej swobodna. Brunetka luzuje krawat szaty, w którą zdążyła się przebrać i odgarnia włosy ciągle nie zaszczycając mnie spojrzeniem.

- Co ty tam robiłaś? - Pytam prosto z mostu. Dziewczyna bierze głęboki oddech i jej czarne oczy w końcu znajdują moje.

- Nie możesz nikomu powiedzieć, że się tam spotkaliśmy. Doskonale wiesz jak zareagowałby Harry czy Hermiona...

- Jak myślisz, obchodzi mnie ich zdanie? Powiedz mi czego tam szukałaś to się zastanowię.

- Nie ty tutaj stawiasz warunki, Malfoy. - Warczy a jej sprzeciw powoduje, że zamieram. Ma czelność mi się sprzeciwiać? Podchodzę bliżej do brunetki jednak ta ciągle patrzy na mnie wyzywająco i nie ma zamiaru ustąpić.

- Lepiej uważaj na słowa. Nic się nie zmieniłaś od naszej ostatniej rozmowy. - Mówię przywołując wspomnienie z drugiego roku.

Coraz bardziej zbliżały się upragnione wakacje. Każdy uczeń swoją wolną chwilę spędzał na zewnątrz z powodu gorąca panującego w szkole. Potter cały czas leżał w skrzydle szpitalnianym a ja cały swój wolny czas poświęcałem na dogryzaniu jego przyjaciołom. Właśnie zbliżała się idealna do tego okazja - pod wielkim, zacienionym dębem siedziała słynna czwórka bez swojego ulubieńca w środku. Donośnie debatowali o czymś a ja kolejny raz w towarzystwie Crabbe'a i Goyle'a postanowiłem się na nich wyżyć. 
- Ale śmierdzi, to pewnie ta szlama! - Krzyknąłem. Łzy pojawiły się w oczach Granger a ja donośnie się zaśmiałem. Uwielbiałem doprowadzać ją do takiego stanu, jednak tym razem ktoś pierwszy raz mi się postawił. Niższa ode mnie o głowę z burzą czarnych włosów dziewczyna podeszła do mnie i spojrzała wyzywająco.
- Daj jej spokój Malfoy. - Powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu. 
- A kim ty jesteś?
- Nora Tonks. Jestem jej przyjaciółką a ty nie masz prawa tak o niej mówić! - Krzyknęła i popchnęła mnie. Od razu sięgnąłem po różdżkę jednak zaskoczyła mnie pewność siebie tak małej i niewinnej osoby. Nikt nie może mnie dotykać i pozwalać sobie na takie coś- szczególnie jak jest to przyjaciółka szlam i zdrajców krwi.
- Zjeżdżaj stąd i nie dotykaj mnie więcej. - Powiedziałem również popychając dziewczynę. Ta jednak była szybsza, odskoczyła i z całej siły przywaliła mi w nos. Krzyknąłem z bólu i odwróciłem się chwytając za bolące miejsce. Chciałem oddać Tonks jednak w tym momencie zza mnie wyłoniła się McGonagall. Dla obojga z nas skończyło się to szlabanem w koniec roku szkolnego a ja od tamtego momentu postanowiłem uważać na tą małą diablicę.

- Ty również. Dalej jesteś tak samo bezczelny i uważasz się za lepszego od innych. - Odpowiada patrząc na mnie z pogardą. Dalej była ode mnie o głowę niższa jednak jej pewność siebie prawie mnie przewyższała. Od sytuacji na drugim roku przejawiła się u mnie niezdrowa fascynacja jej osobą, jednak cały czas to z siebie wypierałem. Nie zachowywała się jak gryfonka, często widziałem jej wybuchy złości na Wielkiej Sali czy agresywne zachowania na zajęciach. Była doskonałą ścigającą, na trzecim roku dołączyła do drużyny i była niezwyciężona. Ciągle jednak przyjaźniła się z szlamą, "Wybrańcem" i zdrajcą krwi przez co czułem do niej rosnące obrzydzenie.

- Bo jestem lepszy od innych. Za to ty zadajesz się z samymi szumowinami. - Mówię odwzajemniając jej spojrzenie.

- Może gdybyś był odrobinę milszy i mniej zapatrzony w siebie dałoby się Ciebie polubić, więc nie przyczepiaj się do moich przyjaciół, bo ty ich nie masz wcale.

Bez zastanowienia popycham Tonks na ścianę i wyciągam różdżkę mierząc prosto w jej gardło. Jej usta wykrzywia uśmiech co zbija mnie z tropu jednak nie odsuwam się.

- Prawda boli?

- Co tam robiłaś? - Pytam wbijając wzrok prosto w jej oczy. Zauważyłem w nich cień strachu, który od razu podchwyciłem dociskając moją broń mocniej.

- Miałam do pogadania z Burkesem, z resztą to nie Twoja sprawa.

- Ah tak? Więc dlaczego chciałaś żebym tu przyszedł?

- Bo nie chcę żeby ktokolwiek się o tym dowiedział. - Odpowiada spokojnym głosem nie odrywając oczu od moich. Przez moment mierzymy się spojrzeniami aż odsuwam się od szatynki i daję jej odejść. Wypuszczam oddech dopiero kiedy trzaska drzwiami i pozwalam sobie na chwilę załamania. Siadam na jednym z pudeł i pochylam głowę między kolanami chwytając dłońmi włosy i prawie je wyrywając. Mam ochotę krzyczeć jednak się powstrzymuję. Za dużo niewiadomych spada na mnie i coraz bardziej mnie przytłacza sprawiając, że staję się coraz bardziej słaby i roztargniony. Pociąg rusza a ja przywracam się do porządku i wychodzę z wagonu, udając się do przedziału z moimi przyjaciółmi. W momencie gdy otwieram drzwi wszystkie spojrzenia kierują się na mnie a Pansy od razu robi mi miejsce obok siebie. Opadam na nie i kładę się na kolana dziewczyny wbijając wzrok w sufit.

- Właśnie rozmawialiśmy o sumach, Draco. Jak Ci poszło? - Pyta mnie Parkinson jednak ja jedynie wzruszam ramionami.

- Kogo to obchodzi, i tak nie wrócę do tej budy za rok. - Odpowiadam.

- Co to ma znaczyć? - Mówi Zabini patrząc na mnie znad ramienia Pansy.

- To co powiedziałem. Mam ciekawsze zajęcia niż chodzenie tu jeszcze jeden rok. Chyba umarłbym musząc tu jeszcze się tyle męczyć. Z resztą, teraz będzie ciekawie.

Zbywam resztę pytań i zamykam oczy pozwalając ślizgonce bawić się moimi włosami. Wsłuchuję się w deszcz bębniący za oknem a ten usypia mnie.
Budzę się kilka godzin później gdy na zewnątrz jest już ciemno. Do przedziału wchodzi Zabini a ja podnoszę się patrząc na chłopaka.

- Ej, Blaise. Czego chciał Slughorn? - Pyta Pansy.

- Próbował urobić sobie ludzi, którzy mają dobre znajomości. Wielu takich nie znalazł.

Przewracam oczami i donośnie ziewam.

- Kogo jeszcze zaprosił?

- McLaggena z Gryffindoru. - Odpowiada.

- No tak, jego wujek to szycha w ministerstwie.

- ...i takiego jednego z Ravenclawu, Belby chyba. I oczywiście Pottera, tą Weasley i Longbottoma.

Podnoszę się na dźwięk ostatniego nazwiska.

- Zaprosił LONGBOTTOMA?

- No tak. Coś widocznie w sobie ma.

Wzdycham i kładę się na podołku Pansy.

- Potter, ten słynny Potter. Oczywiście, że chciał sobie popatrzeć na Wybrańca. Ale Weasley? Co ona ma takiego wyjątkowego?

- Slughorn nie ma najlepszego gustu. - Odpowiada czarnoskóry chłopak. Daję się gładzić Parkinson po włosach a ona patrzy z satysfakcją, jakby wszyscy jej zazdrościli.

- Szkoda. Mój ojciec mówił, że za jego czasów to był wielki czarodziej. Należał do jego ulubieńców. Pewnie nie chciał mnie budzić albo nie wiedział, że tu jestem...

- Nie liczyłbym na Twoim miejscu na zaproszenie. Pytał mnie o ojca Notta. Kiedyś się przyjaźnili ale jak usłyszał, że go schwytali w ministerstwie nie wyglądał na zadowolonego, no i Notta nie zaprosił. Widocznie nie chce mieć do czynienia ze śmierciożercami.

Przewracam oczami i pogardliwie się uśmiecham.

- A co mnie tam obchodzi jakiś głupi nauczyciel. Jak już mówiłem za rok nie mam zamiaru tu wracać.

- Nie możesz teraz zrezygnować tylko przez NIEGO. - Mówi płaczliwie Pansy.

- Muszę. Matka chce żebym ukończył szkołę ale naprawdę myślicie, że Czarny Pan jak odzyska władzę będzie pytał kto dostał ile owutemów czy sumów? Będzie się liczyło to kto był mu najbardziej oddany.

Zabini parska śmiechem i patrzy na mnie wyzywająco.

- I co, uważasz że się nadajesz? TY? Masz dopiero szesnaście lat i nie jesteś w pełni wykwalifikowanym czarodziejem.

- A ty czemu nie słuchasz co mówię? Może jego nie obchodzą moje kwalifikacje? Może to na czym mu zależy ich nie wymaga?

Pansy ponownie przerywa dotykanie moich włosów a Crabbe i Goyle patrzą z rozdziawionymi gębami. Kilka minut mija nam w ciszy jednak przerywam ją chcąc rozgonić ponurą atmosferę.

- Widać już Hogwart. Lepiej się przebierzmy.

Goyle sięga po kufer i w momencie ściągania go słyszę jakby ciche stęknięcie, a coś białego przez sekundę mignęło mi przed oczami. Patrzę na półkę i powoli dociera do mnie co się stało. Potter. Odwracam się i szybko zmieniam szatę pragnąc rozprawić się z chłopakiem później. Pociąg zwalnia, szarpiąc i zgrzytając. Na korytarz wychodzą inni uczniowie, aż pociąg w końcu się zatrzymuje. Moi znajomi wychodzą jako pierwsi, tylko Pansy czeka z wyciągniętą ręką.

- Idź. Chcę coś sprawdzić.

Kiedy dziewczyna opuszcza przedział zostaję sam na sam z Potterem. Zatrzaskuję drzwi i zaciągam zasłony, aby nikt nie widział co się dzieje. Odwracam się i rzucam zaklęcie petryfikujące na nieprzyjaciela. Wybraniec z łoskotem spada na ziemię cały sparaliżowany. Uśmiecham się szyderczo pochylając nad gryfonem.

- Nie usłyszałeś niczego ważnego, Potter. Ale skoro tu jesteś... - Kopię chłopaka w twarz czując łamaną kość. Krew tryska na ziemię a ja ocieram buta o szatę okularnika. - To za mojego ojca. A teraz nikt cię nie znajdzie, póki pociąg nie wróci do Londynu. - Narzucam pelerynę niewidkę na niego i wychodzę depcząc mu przy tym palce.

I.

"Wielkość wzbudza zawiść, zawiść rodzi złość, złość sprzyja kłamstwom"

Koniec wakacji, 1996

Obudził mnie deszcz bębniący o szybę w okno mojego pokoju. Gwałtownie podnoszę głowę co skutkuje szybkim, tępym bólem. Cicho klnę pod nosem i odgarniam opadające mi na twarz jasne włosy. Wstając zrywam kolejną kartkę oznajmującą, że do szkoły wracam za cztery dni. Wzdycham na samą myśl o powrocie do tej walącej się rudery pełnej nauczycieli faworyzujących szlamy i zdrajców krwi. Idę do łazienki gdzie przemywam twarz i patrzę w lustro. Zerkam w przejrzyste niebieskie oczy odbijające się w tafli ale po chwili odwracam wzrok. Nie lubię na siebie patrzeć, mimo powszechnej opinii nie czuję się idealny. Ciemne wory pod oczami kontrastują z barwą moich jasnych tęczówek, włosy ułożone są w nieładzie wręcz nie pasującym do mojego stylu bycia. Po raz kolejny przecieram twarz aby otrzeźwieć ze snu, który ciągle nęka moje myśli. Krzyk nieznanej mi osoby ciągle dźwięczy mi w uszach a zielone światło morderczego zaklęcia odbija się w pamięci. Kręcę głową i przygładzam każdy kosmyk włosów, aby znowu były perfekcyjne. Wracam do pokoju i zmieniam wczorajsze ubrania na ciemne jeansy i białą koszulę, w których mam zamiar udać się na ulicę Pokątną. Jęczę na samą myśl o monotonnych zakupach przedmiotów do tej marnej imitacji szkoły, pocieszam się wyłącznie świadomością, że to mój ostatni rok. Czeka mnie wizyta u Borgina i Burkesa w celu omówienia danej mi w te wakacje misji. Staram się uspokoić trzęsące się dłonie więc pośpiesznie chowam je do kieszeni i wychodzę z pokoju udając się do przestronnej kuchni. Chwytam leżące w koszyku jabłko i gryzę je. Smak owocu kontrastuje z świeżym, miętowym oddechem więc delikatnie się krzywię i odstawiam posiłek. Przejeżdżam językiem po zębach i w końcu postanawiam spojrzeć na zniecierpliwioną matkę siedzącą na drugim końcu pomieszczenia. Unoszę lekceważąco brew i opieram się o blat aby nie zauważyła moich ciągle trzęsących się rąk.

- Draco. - Przerywa ciszę a ja na dźwięk jej głosu gwałtownie się wzdrygam. Jest oschły a jednocześnie wyraźnie zmęczony. - Wiem jak bardzo ciężkie zadanie zostało Ci przydzielone jednak nie mogłam nic zrobić. Dasz sobie radę.

Kręcę głową i donośnie parskam śmiechem.

- Oczywiście, że dam. Przecież chodzi tylko o zabicie starca, co może być w tym trudnego? - Odpowiadam z widoczną ironią. Kobieta wstaje i podchodzi do mnie dając swoją dłoń na moje ramię. Od razu ją strącam i patrzę na matkę z pogardą.

- Pamiętaj jakie są warunki. Nasza rodzina naraziła się już na wystarczający wstyd, nie możesz tego zepsuć. A teraz ubieraj się, mamy dzisiaj do załatwienia dużą ilość spraw.

Wychodzi nawet na mnie nie patrząc a ja ze złością uderzam pięścią o ladę. Ból rozpływa się po moich kostkach aż dociera do mózgu, a ja obserwuję wyraźny ślad krwi na aż rażącym oczy białym blacie. Wycieram dłoń o ciemne spodnie i opuszczam pomieszczenie spotykając się ze znienawidzoną kobietą przy wyjściu. Naciągam na siebie płaszcz a na nogi zakładam buty, wyjątkowo mamy teraz nieprzyjemny, deszczowy sierpień. Bez ostrzeżenia Narcyza chwyta mnie za dłoń i ogarnia mnie ciemność. Ze wszystkich stron coś zaczyna na mnie napierać, braknie mi oddechu, czuję jakby wszystko zostało wepchnięte w głąb mnie aż w końcu potrafię oddychać. Łapię gwałtownie powietrze i otwieram oczy patrząc na rozciągającą się przede mną ulicę Pokątną. Większość okien zaklejonych jest plakatami informującymi o środkach bezpieczeństwa albo listami gończymi a ludzie pośpiesznie umykają, starając nie rzucać się w oczy. Wyciągam z kieszeni listę potrzebnych mi rzeczy na ten rok i jako pierwszy odwiedzam sklep Madame Malkin. Otwierając drzwi poruszam dzwoneczek, przez który właścicielka od razu pojawia się przy moim boku.

- W czym mogę pomóc?

- Potrzebuję szaty do szkoły. - Burczę patrząc na nią nieufnie. Kobieta ustawia mnie na wyznaczonym miejscu i daje mi to przymierzenia różne rozmiary. W końcu znajdują mój, w którym trzeba wyłącznie przedłużyć rękawy. Madame Malkin wraz ze swoją asystentką zaczynają swoją pracę, którą przerywają następni klienci. Spoglądam na drzwi i zauważam nikogo innego jak słynną czwórkę z najgorszego z domów - Gryffindoru. Atmosfera w pomieszczeniu od razu gęstnieje a ja krzyżuję spojrzenia z nikim innym jak Granger. Dziewczyna od razu spuszcza wzrok a ja patrzę na nią z wyższością. Tylko my dwoje wiemy o sytuacji, która miała miejsce pod koniec zeszłego roku szkolnego i oboje nie chcemy o niej pamiętać jednak doskonale wiem, że to ja mam władzę w tym sekrecie, ponieważ jego ujawnienie zniszczyłoby jej życie.

- Jeśli się zastanawiasz co tak śmierdzi, mamo, to Ci wyjaśnię, że właśnie weszła szlama. - Rzucam uśmiechając się pod nosem. Cała czwórka sięga po różdżki a Hermiona cofa się jakby uderzona w twarz. Unoszę głowę patrząc na przybyłych z pogardą.

- Nie sądzę, żeby trzeba było używać takiego języka! I nie życzę sobie wyciągania różdżek w moim sklepie. - Krzyczy Madame Malkin stając pomiędzy nami. Wzruszam ramionami i odwracam się patrząc w lustro i poprawiając ciągle zbyt długie rękawy. Gryfoni przemieszczają się w głąb sklepu jednak córka mugoli widocznie od nich odstaje, wydaje się zagubiona i przytłoczona. Mam ochotę parsknąć śmiechem kiedy na nią patrzę, zachowuje się jak sarna widząca nadjeżdżający samochód.

- Granger. - Dziewczyna gwałtownie się odwraca ale najpierw sprawdza, czy jej przyjaciele wystarczająco się oddalili. Jest taka żałosna. - Zdradziłaś już swoim przyjaciołom swój mały sekret? Z resztą... Kto ci podbił oko? Chcę mu posłać kwiaty.

Mówię to głośno aby słynne trio odwróciło się i spojrzało z ciekawością jak i złością na rozgrywającą się sytuację. Ściśnięte w środku mnie emocje postanawiam wyrzucić z siebie wyżywając się na tej dziewczynie, doskonale wiem, że sobie na to zasłużyła. Każdy zasługuje na chociaż trochę uwagi z mojej strony, to jak błogosławienie.

- Jaki sekret, Hermiono? - Pyta Potter kładąc dłoń na ramieniu szatynki. Ta kręci głową i zakłada ręce na ramionach cała się czerwieniąc.

- Wasza kochana przyjaciółka pokazała, że ma w sobie ślizgońskie cechy. - Rzucam ponownie się odwracając i poprawiając kołnierz szaty tak, aby był równy. Stojąca obok mnie pracownica mierzy rękawy i podciąga je. Przypominam sobie o świeżym znaku znajdującym się na moim lewym przedramieniu i głośno syczę. - Uważaj.

Kobieta przeprasza i oddala się a ja ponownie staję twarzą w twarz z moimi wrogami. Uśmiecham się z wyższością i mierzę dziewczynę wzrokiem. Jej dłoń sięga po różdżkę jednak jestem szybszy. Chwytam swoją i wymierzam prosto w podbródek dziewczyny. Nie zważam na to, że trójka jej przyjaciół robi to samo. Przybliżam się jeszcze bardziej i wbijam spojrzenie w jej oczy. Patrzy na mnie z nienawiścią i lękiem, dawno leżałbym martwy gdyby wzrok potrafił zabijać. Narcyza głośno wzdycha jednak nie reaguje.

- Odsuń się od niej Malfoy. - Warczy Tonks. Jej nienawiść tylko mnie nasyca i zachęca do dalszego znęcania się nad bezbronną dziewczyną.

- A czy ona chce abym się odsunął?

- Dosyć tego. Natychmiast opuśćcie różdżki albo wyjdźcie. - Rozkazuje stojąca za mną Madame Malkin. Wzruszam ramionami i odwracam się ściągając z siebie niewygodny materiał.

- Teraz już wiem, że do takiego sklepu chodzą wyłącznie szumowiny. Lepiej chodźmy do Twilfitta i Tattinga. - Mówi moja matka. Posyłam ostatnie spojrzenie znienawidzonej czwórce i opuszczam sklep donośnie trzaskając drzwiami.

Pół godziny później.

- Idź, zaraz do Ciebie dołączę. Muszę coś kupić. - Mówię do Narcyzy a ta posłusznie oddala się w kierunku alei Śmiertelnego Nokturnu. Z wielkim niezadowoleniem wchodzę do hucznego sklepu tych zdrajców krwi, Weasleyów. Jest zatłoczony, pełen gryfonów i puchonów. Wszyscy tacy roześmiani jak gdyby nie widzieli co się dzieje na zewnątrz. Spuszczam wzrok i przedzieram się w kierunku półki z proszkiem natychmiastowej ciemności kiedy wpadam na jakąś dziewczynę. W ostatnim momencie łapię ją za przedramię i nie pozwalam jej upaść.

- Jak chodzisz... - Zaczyna ale kiedy na mnie patrzy nagle przerywa. - Ty.

- Znowu ty, Granger? - Pytam puszczając ramię dziewczyny i otrzepując dłonie. - Śledzisz mnie czy się zakochałaś?

- To ty się zachowujesz jakbyś miał jakąś obsesję na moim punkcie. Ciągle się na mnie patrzysz i pojawiasz tam gdzie ja. - Odpowiada zbijając mnie z tropu.

- Bez towarzystwa jesteś bardziej wyszczekana. A teraz się przesuń, mam coś do załatwienia. - Mówię i brutalnie popycham dziewczynę przedzierając się w głąb sklepu. Ta unosi ręce w  geście poddania się i odsuwa się aby po chwili wmieszać się w tłum. Kręcę głową i sięgam po cel mojej wizyty. Po chwili płacę i opuszczam budynek rozglądając się aby sprawdzić czy na pewno jestem sam. Kiedy nie zauważam nikogo znikam w ulicy Śmiertelnego Nokturnu żeby po chwili wejść do sklepu. Czeka tam zniecierpliwiona Narcyza patrząca z dezaprobatą na mnie.

- Nikt Cię nie śledził? - Pyta stojący w kącie Greyback. Kręcę głową i przejeżdżam dłonią po szafce zniknięć, która jest celem dzisiejszej wizyty.

- Uważaj, jest zepsuta. - Szepcze stojący obok Burkes. Przewracam oczami i parskam bezczelnie. Tak jakbym tego nie wiedział.

- Wiesz jak to naprawić? - Mruczę nie odrywając wzroku od szafy. Delikatnie ją uchylam aby sprawdzić jak wygląda od środka.

- Być może. Musiałbym zobaczyć. Może byś to przyniósł, co?

- Nie mogę. Ma zostać tam, gdzie jest. Chcę tylko wiedzieć, jak to zrobić.

Burkes wzrusza ramionami i odwraca się.

- No jak tego nie obejrzę, to nie wiem, czy dam radę. Niczego nie mogę zagwarantować.

- Nie? Może to Cię przekona. - Do potwierdzenia swoich słów podciągam rękaw koszuli ukazując Mroczny Znak. Na jego widok szef sklepu cofa się na ścianę widocznie przerażony. - Spróbuj komuś o tym powiedzieć to spotka Cię kara. Prawda, Fenrir?

Stojący obok wilkołak oblizuje zęby patrząc na wystraszonego właściciela.

- Nie będzie trzeba...

- To już moja decyzja. A TO trzymaj w bezpiecznym miejscu, będzie mi jeszcze potrzebne.

- Nie lepiej zabrać to od razu?

- Nie bądź głupi, jakbym wyglądał idąc z tym ulicą? Nie wolno Ci tego nikomu sprzedać, Burkes.

- Oczywiście, szanowny panie.

Uśmiecham się pod nosem i odwracam krzyżując spojrzenia z osobą znajdującą się tuż przed drzwiami. Jej dłoń zastyga na klamce a ja zamieram z zaskoczenia.

- Nienawidzę spóźnialskich. - Warczy Burkes i patrzy na nas ponaglająco. - Musicie opuścić sklep.

- Musimy? - Pytam unosząc brwi. Nikt nie będzie mi rozkazywał. Drzwi w końcu uchylają się a znajoma mi osoba mija mnie nawet nie zaszczycając spojrzeniem. Kiwam do matki i szybko wychodzimy, jednak moje myśli pozostają w tamtym zakurzonym, mrocznym sklepie z tak nie pasującą osobą w środku.